Niedawno nasz kolega redakcyjny – Witness590 – debiutował w roli recenzenta płyt, teraz moja kolej na stawianie pierwszych kroków w pisaniu relacji z wydarzeń muzycznych.
Ghostfest to cykliczny festiwal odbywający się na University Union w Leeds, obfitujący w znane na całym świecie zespoły, jak również promujący lokalne kapele zasługujące na szerszy rozgłos. Zanim jednak przejdę do samej relacji z ich występów… kilka słów na temat atmosfery tego miejsca. Byliście kiedyś na koncercie W PODZIEMIACH UNIWERSYTETU? Tak myślałam, że nie. Bardzo… dziwne. Tak samo jak ludzie, którzy na to wydarzenie zjechali. Mnóstwo wylansowanych, true, emo, scene, hardcore, ogólnie klimatycznych osób, trzy tysiące ludzi słuchających tego samego gatunku muzycznego, 90% w koszulkach zespołów, dużo scene mutantów z tunelami większymi niż głowa, dużo wydziaranych metalcorowców i deathcorowców, dużo wszelkiej różnorodności. Kolejną dość abstrakcyjną sprawą były darmowe Monstery, nie mam pojęcia ile ich wypiłam, ale zdecydowanie mam dość na dłuższy czas. Ale kto by się oparł jak wystylizowane, kolorowowłose, wytatuowane laski same do Ciebie przychodzą i proponują najlepszy półlitrowy energy drink na świecie? Trzeba być głupim. [darmowa reklama Monstera, spokojnie, i tak nie jest dostępny w naszym kraju]
Sobota (pierwszy dzień) nie obfitowała w gwiazdy, więc koncertową atmosferę poczułam dopiero przy Bury Tomorrow, którzy wystąpili o 20. Zanim jednak się ich doczekałyśmy, na scenach przewinęło się kilka mniej lub bardziej fajnych kapel, w tym Last Witness, Heart Of A Coward, Annotations Of An Autopsy czy Martyr Defiled, od których oczekiwałam dobrego występu. Na samym zespole się nie zawiodłam, byli bardzo dobrzy, a wokal jest niesamowity. Zawiodłam się na specach od techniki, którzy nie potrafili ustawić mikrofonu tak, żeby działał, więc przez pierwsze kilka piosenek wokalista dawał z siebie wszystko, a i tak nie było go słychać. Udało im się to naprawić na dwa ostatnie utwory, więc za dużo to się go nie nasłuchałyśmy. Przyszedł czas na długo wyczekiwane Bury Tomorrow, ale niestety nie mogę powiedzieć, że ten występ satysfakcjonował mnie w 100%. O wiele lepiej wypadli w Pradze (podczas trasy The Artery Foundation, które również odbyło się w Warszawie), na mniejszej scenie, gdzie łatwiej o kontakt z publicznością. Gdzieś zniknął ten przeuroczy Dani, którego zapamiętałam jako bardzo sympatyczną osobę i który był wzruszony do łez jak dawałyśmy mu koszulkę Bury Tomorrow <3 Poland. Teraz wyglądał na zmanierowanego i nieco gwiazdorzącego. Trzeba mu jednak przyznać, że świecił najjaśniej na scenie i z przyjemnością się na niego patrzyło. Najważniejsze jednak, że zagrali moje ulubione piosenki, ”Anything with Teeth” i ”Waxed Wings”. I że był latający kondom. Kiedy grali w Europie byli zbyt mało znani, żeby ludzie jeździli na koncerty tylko dla nich, w Anglii bardzo dużo osób się bawiło i znało teksty piosenek, dziwne uczucie. Po nich na scenę Monstera weszło Your Demise i chociaż słuchałam tej kapeli bardzo pobieżnie… był to jeden z lepszych koncertów tego festiwalu. Słyszałam opinie, że panowie na żywo są kiepscy – owszem, były momenty niezbyt spójne i jakby nie trafiali w rytm, ale poza tym nie było tak tragicznie. Najbardziej zapamiętałam ”Teenage Lust”, ”Shine On” i ”The Kids We Used To Be”, pewnie dlatego, że to nieliczne ich kawałki, które kojarzę. My się tam wybawiłyśmy, gdzieś na obrzeżach moshu. Bardzo przyjemna rozgrzewka przed While She Sleeps, którzy występowali chwilę później na scenie Honour over Glory. Dobrym posunięciem było wyjście wcześniej z Your Demise, bo załapałyśmy się jeszcze na pierwszy rząd i (nie)spokojnie czekałyśmy na występ While She Sleeps. Zdecydowanie byli najlepszym sobotnim zespołem, podobali mi się na równi z Bleed From Within… Nawet Bury Your Dead, którzy są przecież znani i kochani, wypadło przy While She Sleeps bardzo blado. WSS mają w UK mnóstwo fanów, co było widać po ilości koszulek spacerujących na festiwalu i ścisku jaki panował pod sceną, zwłaszcza w momentach kiedy Lawrence zbliżał się do barierek. Świetny kontakt z publicznością, tego nie można im odmówić. Niewielka scena uniemożliwiała za to szaloną zabawę – oczywiście w porównaniu z innym ich występem, podczas którego wdrapywali się na głośniki, a na ”Crows” połowa publiczności weszła na scenę i bawiła się razem z zespołem. Ale po co bawić się na scenie jak można skoczyć w tłum. Można też śpiewać w samym jego środku lub wieszając się na barierki między mną a Hidden. Polał się też szampan, a ludzie patrzący zza sceny mieli pewnie niezły ubaw widząc nasze skończone twarze. Wieczór dopełniło kilka piosenek Bury Your Dead, na które załapałyśmy się po skończonym występie While She Sleeps…
Niedziela (drugi i ostatni dzień) zapowiadała się jeszcze lepiej i faktycznie taka była. Zaczęłyśmy od młodego angielskiego zespołu The Ocean Between Us, w którym momentalnie się zakochałyśmy. Niewiele czystych wokali, energia i profesjonalizm godny starych scenowych wyjadaczy i tłum potrafiący docenić starania grupy. Jedno jest pewne, będę uważnie śledzić ich poczynania i jeśli kiedyś pojawią się w Czechach lub Niemczech to bardzo chętnie się tam wybiorę. A szczytem marzeń byłby wspólny koncert z With One Last Breath, którzy okazali się równie profesjonalni na scenie i równie dobrzy muzycznie. Na te dwa zespoły zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Chociaż myślę, że gdyby With One Last Breath zmienili czyste wokale to szło by im o wiele lepiej. Wcale nie chodzi o ocenianie ludzi po wyglądzie, bo gość po prostu niesamowicie fałszował. Nawet nie wiedziałam, że można wydawać z siebie takie dzwięki. Tuż po nich na Monster Stage weszło Silent Screams, na których bardzo się nastawiłam. EPki są przegenialne, ”Pacific Highway” podoba mi się już trochę mniej, ale jeden utwór nie przesądza o całej płycie. James (growle) spisał się naprawdę nieźle, Tom (czyste) już trochę słabiej, nie wyrabiał niektórych partii, no ale nie można mieć wszystkiego. Zdecydowanie zasługują na szerszy rozgłos. To samo tyczy się Heights, którym prawie udało się wystąpić w Polsce (z tego co pamiętam mieli być w Poznaniu razem z Liferuinerem, przy bodajże drugim podejściu do organizacji tego koncertu). Bardzo kojarzą mi się z While She Sleeps, są nieco mocniejsi w brzmieniu (w życiu bym nie zgadła, że taki scream może się kryć w ciele takiego chłopaczka, wystarczy przesłuchać ”Forget” z niedawno wydanej płyty ”Dead Ends”, niesamowicie przeszywający), również bardzo młodzi, a dokładnie wiedzą co robić na scenie. Zapewne jest to zasługa wielu zagranych koncertów, bo nasze rodzime zespoły jeszcze nie są aż tak wyrobione pod tym względem. Później przyszedł czas na Evitę – niby dobrzy, ale nie zapadają w pamięć. Pobujałyśmy się nieco do kawałka ”No One Else”, bo na żywo wyszedł im lepiej niż mocniejsze utwory. Może przy kolejnym podejściu bardziej mi się spodobają.
Po takim maratonie potrzebna była dłuższa przerwa, przez co musiałyśmy odpuścić takie zespoły jak chociażby Heart in Hand, More Than Life czy After The Burial, no ale człowiek samym powietrzem nie wyżyje i ma ograniczoną ilość siły, a przecież trzeba było się zregenerować na Bleed From Within i Suicide Silence…
Jak już wspominałam, Bleed From Within to jeden z dwóch najlepszych występów Ghostfestu. Dawno tak dobrze się nie bawiłam, a to że byłyśmy jedynymi dziewczynami w tłumie sprawilo, że czułam się jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o sam zespół… nie mogę powiedzieć nic innego jak… NIESAMOWITY. Scott Kennedy (Kenczaki!) jest strasznie niepozorny, ale jak zacznie śpiewać to kolana się uginają. Jak tylko usłyszałam ”The Novelist”, o matko, to dopiero była euforia. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnie setlisty, ale zagrali bardzo ciężko i zrobili bardzo profesjonalne show. W związku z tym na Suicide Silence byłam już mocno wymęczona, pewnie dlatego podobali mi się mniej. Ale ponownie pojawiła się moja ulubiona piosenka – ”Smoke”, więc nie ma na co narzekać. ”Wake Up” też wypadło całkiem nieźle, zwłaszcza momenty krzyczane przez tłum. Z nowej płyty, która nota bene wcale taka tragiczna nie jest, pojawiło się ”You Only Live Once” i ”Fuck Everything”, co było do przewidzenia, bo album jeszcze nie miał oficjalnej premiery, więc zagrali znane już wszystkim kawałki (chociaż podejrzewam, że większość fanów zna już każdą piosenkę z ”The Black Crown”). Bezapelacyjnie najlepszym utworem był bisowy ”No Pity For A Coward”. ”Pull the trigger, bitch” miażdżyło. Niezależnie od opinii, że Suicide Silence już się skończyło – ja tam się cieszę, że w październiku znowu ich zobaczę.

Opublikowano: 22/4/2012 | Autor: Anika | Czytaj dalej
5 kwietnia brytyjska grupa We Are The Ocean zagrała w Warszawie jako support kanadyjskiej grupy Silverstein. Tuż przed koncertem udało nam się chwilę porozmawiać [...]

Data: 25-26.06.2011
Miejsce: Leeds University Union - Leeds, UK
Headliner: Suicide Silence
Support: While She Sleeps, Your Demise, Bury Tomorrow (...)
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW:



























Brak komentarzy